sobota, 19 czerwca 2010

W Niebie

Fantazja ci u mnie duża

A marzyć to mało

A ze pora była późna

Do nieba się chciało

 

Miałem troszeczkę kłopotu

Przy bramie tłok wielki

Dali napić się kompotu

Lecz urwali szelki

 

Wepchnęli jakoś do środka

Lecz skrzydeł nie dali

O jaka to chwila słodka

Czyżby mnie poznali?

 

Lepiej się nie upominać

Mogą zrzucić niżej

Do góry się muszę wspinać

Usiąść jak najwyżej

 

Stamtąd jednak zobaczyłem

Bez przerwy niedzielę

Aniołków nie policzyłem

A było ich wiele

 

One po niebie fruwały

Były niestrudzone

Lecz zapasy jednak miały

Szynki uwędzone

 

I cichutko jak należy

Siedziałem w obłokach

Bo nadchodził święty Jerzy

Aby męczyć smoka

Był sobie kapłan

Księdza Madli mi brakuje

Brak Jego odczuwam

Dużo ludzi Go żałuje

Ich smutek wyczuwam

 

Bo uczciwy Był nad miarę

Nad biednym się schylił

Bo nie odszedł z stąd za karę

Może los się mylił

 

Choć decyzję tę podjęto

Biskupa rozkazem

Ale czego z Rud Go wzięto

Może nie chciał razem

 

Zobaczymy czy ci nowi

U nas się nadadzą

Czy polubić nas gotowi

Czy sobie poradzą

 

Zawsze tak przy końcu roku

Proboszcz się "rozliczał"

Tylko dobro miał na oku

I z nami nie zdziczał

 

A wspominam tych kapłanów

Którzy w Rudach byli

Co nie rżnęli wielkich "panów"

Tylko byli mili

 

Tylko dwóch w mojej pamięci

Ksiądz Rosiek ,ksiądz Madla

Kto uwagę nam poświęci ?

Z plotkami do magla

Wielbłąd i ucho

Ktoś był wielki i bogaty

Innych miał za "śmieci"

Nie kupował nic na raty

Nie chciał nawet dzieci

 

Straszył ludzi nadaremnie

Biedak z Nazaretu

Z taką mową to nie do mnie

Taką gadką nie tu

 

Przecież głupio tak przeciągać

Wielbłąda przez ucho

I źle skończył jak tu słychać

Nie uszło mu sucho

 

Nikt nie grozi mi swym palcem

Jestem też biedny

Często jadam chleb ze smalcem

Jestem czasem wredny

 

Są królowie i książęta

Bankierzy bogaci

Ale który z nich pamięta

Że wszystko utraci

 

Choćby wszyscy ci zaradni

Kręcili wciąż głową

Tego co tutaj nakradli

Nie wezmą ze sobą

 

Igłę wezmę na przymiarkę

Koniec może blisko

Utnę z aniołem "pogwarkę"

Rozpalę ognisko

niedziela, 13 czerwca 2010

Celibat

Dziewczynom się wciąż podoba

Starym babom także

Ciało sutanny ozdoba

Celibat - a jakże

 

Niejedna by bardzo chętnie

Tuliła do łona

Nawet gdy swe włosy zetnie

To go nie przekona

 

Owszem to jest ciężka próba

Której ksiądz poddany

Nie tak szybko moja luba

Chwal Pana nad Pany

 

Kapłan chociaż to mężczyzna

W Bogu ma podnietę

On mi także rację przyzna

Bo kocha kobietę

 

Tą która jest pośrednikiem

Między nim a synem

Kocha więc z dobrym wynikiem

Dobroć jego czynem

 

Więc się dobrze zastanówcie

Panie i dziewczęta

Z księdzem tylko pacierz zmówcie

Bóg to zapamięta

wtorek, 8 czerwca 2010

Spotkanie z Kazikiem

Jestem wzrostem mały

Nie żadne „chłopisko"

Losy jednak dały

Że Go znałem blisko

 

Syn mego kolegi

Został wyświęcony

Bracia nie "lebiegi"

Los dobry życzony

 

Reszta też mi znana

Lecz wspomnę Grzegorza

Bo namalowana

Nawet Matka Boża

 

Szedłem raz po parku

A jeszcze chodziłem

Spotkanie w podarku

Choć się nie modliłem

 

Koło mnie przechodził

Zapomnieć też można

Uśmiechem nagrodził

Widać że rozpoznał

 

Wyglądał zwyczajnie

Zmarszczka zeszła z czoła

Że poznał to "fajnie"

Choć szedł do kościoła

 

Ja też nie zapomnę

Wola moja taka

Ale często wspomnę

Księdza Tomasiaka

wtorek, 25 maja 2010

NABOŻEŃSTWO

Dzwon od rana z wieży woła

Słychać jego głos

Czas wychodzić do kościoła

Uczesany włos

 

Jest niedziela czyli święto

Zjadłem już śniadanie

Obowiązku mi nie zdjęto

Trzecie przykazanie

 

Nie wychodzę po kryjomu

Więc się nie zasłaniam

Kościół nie daleko domu

Znajomym się kłaniam

 

Takie me przyzwyczajenie

I duszna potrzeba

Swych nawyków ja nie zmienię

Dadzą wina chleba

 

Ksiądz mi powie o dobroci

Że Jezus mnie kocha

Monstrancja złotem zaświeci

Myśl nie będzie płocha

 

Przekażcie ten znak pokoju

Od ołtarza pada

Nie wszyscy mego pokroju

A więc czy wypada

 

Nie wiem czy lepszy wychodzę

Lecz serce się śmieje

Wodą palcem czoło chłodzę

Dobrze że nie leje

 

Pogodzony zamyślony

Do domu powracam

Uśmiecham się do mojej żony

Jutro będzie praca

sobota, 1 maja 2010

Chrystus frasobliwy

Brodę podparł lewą ręką

Łokieć na kolanie

Jeśli jam Twoją udręką

Przepraszam Cię panie

 

Twoja twarz bólem skrzywiona

I pokryta potem

Nie potrzebna ta korona

Pamięta golgotę

 

Włosy Twoje błyszczą czarno

Farbą malowane

Ptaki się do Ciebie garną

Jest gniazdko usłane

 

Na nogach żyły nabrzmiałe

Martwią swym bezlikiem

Palce także pogrubiałe

Wycięte kozikiem

 

Twarz zafrasowana

Wykrzywiona bólem

Zmarszczkami zorana

A przecież jest królem

 

Na słupie wysoko siedzi

Dobrze się tam czuje

Grzechy moje widzi

I mną się frasuje